Mont Blanc- relacja z wyprawy i poradnik

 

W tym opisie zawarliśmy wszystkie informacje, które – mamy nadzieje – pomogą naszym następcom. Korzystaliśmy z doświadczeń dwóch wypraw, organizowanych w nieco inny sposób, choć wejście tą samą drogą. Pierwsza nie była udana – z 4360m n.p.m. zawróciło nas załamanie pogody. Rok później zdobyliśmy szczyt. 

 

Uczestnicy – autorzy relacji – czyli kim jesteśmy

  1. Maciek – lat 34, wspinacz z 4-letnim doświadczeniem letnim i zimowym w Tatrach, skończył kurs wspinaczki skałkowej, oraz tatrzański letni i zimowy. Szef wyprawy.
  2. Robert – lat 46, wujek Maćka, od 30 lat turysta beskidzki i tatrzański (tylko latem), bez doświadczenia wspinaczce,
  3. Grzegorz – lat 20, syn Roberta, turysta tatrzański od 5 lat, nie wspina się 

 

Droga: droga normalna, przez Tete Rouse, Goutier i Valot, od strony francuskiej.

 

Potrzebne umiejętności

  1. Kondycja fizyczna, która pozwoli pokonać codziennie od 700 do 1200 metrów w pionie, przez większą część drogi z plecakiem ważącym 15-20kg, w zależności od ilości zabieranego jedzenia, wielkości namiotu itp. Dla porównania, 1000 metrów to 400 pięter w bloku. Czyli tak, jakby wejść 40 razy na 10 piętro z plecakiem zawierającym 15-20 litrów wody.
  2. Dobra orientacja w terenie  - przynajmniej 50% członków zespołu powinno mieć niezły zmysł orientacji, który pozwoli zapamiętać drogę (w dużej części słabo oznakowaną lub nieoznakowaną) , nie zgubić się w mgle itp.
  3. Technika: radzenie sobie z lina wspinaczkową (węzły, asekuracja), umiejętność wyhamowania przypadkowego „ujechania” na zaśnieżonej grani czekanem, umiejętność „wyłapania” kolegi, który ujedzie w śniegu, umiejętność samodzielnego wychodzenia i wyciągania na linie innych osób ze szczelin lodowcowych, chodzenie w rakach po śniegu i zaśnieżonej skale o trudności Orlej Perci.  

 

Warianty i budżet

 

W zależności od budżetu możemy wyprawę zorganizować tanio (nie korzystać z kolejek i schronisk) lub drożej (korzystać z tych udogodnień – tak robi ok. 2/3 wspinających się).  Wersja tania wymaga ok. 50% więcej wysiłku niż najdroższa – nie tylko w sensie podejść, ale też niesienia większej ilości sprzętu, rozbijania i okopywania namiotów, marzniecią nocą (co utrudnia wypoczynek i dobrą aklimatyzację). 

 

Wariant tani zrobiliśmy rok temu. Zostawiliśmy samochód w Les Houches (1300) i poszliśmy piechotą do Bellevue (1800) a dalej wzdłuż Tramwaj du Mont Blanc do Nid D’Aigle (2372). Stamtąd zaczyna się droga na szczyt. Tego dnia doszliśmy jeszcze do ruiny baraku Forestiere  (chyba ok. 2700) gdzie zostaliśmy na nocleg. Drugiego dnia doszliśmy do Goutiera (3817), a trzeciego do Valota (4360) skąd zawróciła nas – jak i większość zespołów - fatalna pogoda.

 

Dziś z perspektywy czasu uważamy, że - oprócz pogody - zabrakło nam także aklimatyzacji. Niektórzy, by jej nabrać, robią jeszcze jeden nocleg w Valocie i dopiero potem atakują. Ale nocleg w Valocie jest mało przyjemny – to brudny, obskurny barak, w którym niejeden już wymiotował i załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne. Do tego jest w nim zimno jak w namiocie, bo to tylko dziurawy blaszak. No i nie wiadomo, ile osób wpadnie na podobny pomysł do naszego – czyli tłok może być spory.

 

Tym bardziej więc dziwimy się wyprawom komercyjnym robionym w 2 dni – pierwszy dzień na 3800, drugi na szczyt. Nawet jeśli wcześniej jest jednodniowa aklimatyzacja na 3800 (wjazd kolejką) to i tak jest to chyba za szybko dla 30-50% ludzi. Potwierdzają to opinie pracowników schronisk, z którymi rozmawialiśmy – ich zdaniem to trochę za duże tempo, wielu uczestników po drodze wymiotuje, ma zawroty głowy, a wystarczyłby 1 dzień dłużej…

 

Dlatego w tym roku wybraliśmy wariant drogi (ceny w nawiasach). Zanim w ogóle ruszyliśmy, pojechaliśmy wagonikiem Aiguille du Midi  na 3800 (35 Euro w dwie strony) i tam aklimatyzowaliśmy się, chodząc do schroniska Cosmiques i z powrotem.  Ćwiczyliśmy przez 6 godzin chodzenie w rakach i asekurowanie się liną podczas upadku i ujechania. Wieczorem zjechaliśmy kolejką na dół do Chamonix. 

 

Drugiego dnia podjechaliśmy kolejką Telepherique do Bellevue (ok. 8 Euro w 1 stronę), dalej Tramwajem du Mont Blanc do Nid D’Aigle (2372) (chyba ok. 12 Euro w 2 strony) i doszliśmy tego dnia do Tete Rouse (3160).  To samo można zrobić tanio, idąc piechotą od Les Houches, byle wyjść wcześnie rano. My rok temu wyszliśmy za późno i nie daliśmy już rady z baraku do Tete Rouse.

 

Trzeciego dnia doszliśmy szybko do 3817, Goutier. Tam odpoczęliśmy i poszliśmy aklimatyzacyjnie na 4300, po to by zejść z powrotem na nocleg do Goutiera. Dzięki temu mieliśmy lepszy start na kolejny dzień (jak wiadomo najlepszą aklimatyzację osiąga się, podchodząc kilkaset metrów wyżej, a potem schodząc na nocleg).

 

Faktycznie, czwartego dnia zdobyliśmy szczyt bez żadnych problemów wysokościowych. Na pewno pomogło nam też to, że nocowaliśmy w schroniskach a nie namiotach, więc byliśmy dużo bardziej wypoczęci (nie zmarzliśmy też) i nie marnowaliśmy czasu na robienie obozu. Nocleg w Tete Rouse i w Goutierze kosztuje  20 Euro, a dla osób z klubów wysokogórskich połowę. Tyle, że lepiej zrobić rezerwacje telefoniczną, bo szczególnie Goutier i  szczególnie latem jest strasznie oblegany. W schroniskach można też dostać ciepły posiłek (7-15 Euro - zupy, omlety, obiady itp.). W Tete Rouse jest kuchnia gdzie można gotować na własnym palniku. W Goutierze nie ma gotowania (zakaz – trzeba wyjść na zewnątrz), można sobie za to kupić wrzątek za 3,5 Euro litr. Można zostawić wieczorem w kuchni termos i w nocy (wyjście na szczyt jest o 2 w nocy) odebrać już nalany. 

 

Jeżeli ktoś ma pewność noclegu (rezerwacje) i spory budżet, może w ogóle nie brać namiotu, karimaty, śpiwora, kuchenki, gazu i jedzenia. Ale jest duże ryzyko – jeśli zepsuje się pogoda i będziesz musiał zostać na kolejną noc, a schronisko będzie pełne – pozostanie ew. tylko podłoga.  Dlatego my byśmy nie poszli bez śpiwora i namiotu nawet maj±c rezerwacje. Jedzenie można kupić zawsze, więc tego można nie nosić.

 

Przy Tete Rouse biwakowanie jest legalne. Przy Goutierze zawsze było nielegalne, ale od tego roku (2005) ponoć faktycznie pilnują. Potwierdzać to może jedynie pośrednio nasza obserwacja: rok temu było kilkanaście namiotów przy schronisku, teraz tylko jeden i to 300m od schroniska. 

 

Uwaga – jeśli rozbijamy namiot, zabezpieczmy go bardzo mocno. Najlepiej robiąc kotwice min. 1 metr pod śniegiem, w twardym lodzie. Rok temu, w czasie gdy zespoły wyszły na szczyt, kilka namiotów wywiał wiatr – zabierając ludziom jedzenie, maszynki, śpiwory, karimaty i inny sprzęt. Na tej wysokości to tragedia.  Bez sensu kotwiczyć kijami i czekanami – bo te wyjmiesz ze śniegu i zabierzesz na szczyt, a namiot pozostanie niezabezpieczony. Dobra metoda: zrobić wąską dziurkę metr w głąb, wcisnąć worek foliowy - taki na ¶mieci - dobrze dowiązany do sznurka, wlać do worka wody. Pracochłonne, ale gdy zamarznie – jest nie do ruszenia. A sznurek dowiązujemy do namiotu.

 

Potrzebny sprzęt

-        Plecak 80litrow, bez bocznych kieszeni i wystających elementów które przeszkadzają i zahaczają się o skałę

-        Gotetex

-        Spodnie przeciwdeszczowe

-        Stuptuty

-        2 polary

-        spodnie polarowe lub inne wygodne

-        Bielizna i skarpetki – najlepiej oddychające - po kilka sztuk

-        Rekawiczki - wełniane i narciarskie

-        Czapka zimowa, czapeczka od słońca

-        Buty trekkingowe - 1 para, bez sensu nieść więcej

-        Okulary przeciwsłoneczne – mocno przyciemniające

-        Zimowy śpiwór

-        Scyzoryk

-        Łyżka

-        Kask

-        Czołówka + dodatkowa bateria

-        Załadowana komórka

-        Uprząż, 3 karabinki, 2 pętle do prusikowania, przyrząd zjazdowy.

-        Raki (koniecznie pakowane w innej części plecaka niż materiały płynne, bo ząb raka może przebić i zaleje plecak, np. śpiwór)

-        Czekan

-        Kijki teleskopowe

-        Krem do opalania

-        Gumy do żucia zastępujące mycie zębów

-        Folia NRC - 2 sztuki (koniecznie)

-        Karimata (najlepiej podwójna + metalowe podbicie)

-        Zapałki

-        Palnik i gaz (0,5 litra powinno wystarczyć),

-        menażka do gotowania

-        Termos 0,5l (ale może być 0,75)

-        Ew. 3-4 chusteczki dziecięce nawilżane

-        Papier toaletowy, chusteczki

-        Namiot, dodatkowy sznurek np. budowlany do zabezpieczenia namiotu przed oderwaniem go od ziemi

-        Kilka worków foliowych (takich jak na smieci)

-        Lina wspinaczkowa (długość – liczba osób x 10m)

-        Apteczka

 

Jedzenie na drogę, my polecamy poniższe:

-        Herbata, ew. tabletki isostaru, ew. słodzik do herbaty

-        W proszku: kisielki (bardzo polecam), zupki

-        Instant: zupki chińskie i inne tego typu - pudełkowe przebite igłą bo opakowanie pęknie od zmiany ciśnienia i będzie rozsypane w plecaku Batoniki, czekolada

-        Ew. lekki chleb tostowy i margaryna w małych paczuszkach, pasztet lub mielonka w opakowaniach z folii metalowej (te miękkie a nie puszki)

-        Musli owocowe

 

Błędne mity z relacji dostępnych w Internecie

 

  1. Mont Blanc to łatwa góra. To prawda, ale tylko gdy przez całą drogę mamy łatwą pogodę i nie trafimy na szczelinę lodowcową. Jeśli nie będziemy mieć tyle szczęścia – patrz poniżej na zagrożenia.
  2. Na grani poniżej Goutier nie ma sensu chodzić w rakach, nawet jeśli jest tam trochę śniegu. Bzdura. Fakt, że trudności drogi w najtrudniejszym miejscu grani sięgają co najwyżej tych z Orlej Perci – tyle że większość trasy jest nieubezpieczona. Jeśli popada na nią śnieg lub skała zamarznie po deszczu – robi się nieprzyjemnie ślisko i można ujechać, a w konsekwencji polecieć kilkadziesiąt metrów. W rakach ryzyko ujechania (a w efekcie lotu i połamania się) jest wielokrotnie mniejsze. Przeciwnicy raków używają argumentu: w rakach po drodze skalnej idzie się niewygodnie i trudniej czuć skałę. Rzeczywiście, tak się dzieje jeśli nie umiemy chodzić w rakach (wystarczy poćwiczyć 2-3h). Cóż – wygoda lub bezpieczeństwo, wybór należy do nas.
  3. Powyżej Goutiera, na lodowcu, najlepiej się rozwiązać z liny, by każdy szedł swoim tempem. A na śniegu nie jest niebezpiecznie. To jedna z najgłupszych rzeczy jaką wyczytaliśmy w relacjach. Piszą tak ci, którzy nawet nie słyszeli o szczelinach lodowcowych. Fakt – na 1000m podejścia jest ich zwykle tylko 6 lub 7 (co roku w innych miejscach, bo lodowiec się przemieszcza). Ale jeśli nie umiesz ich rozpoznać (a czasem jest trudno, bo z góry są przysypane cienką warstwą puchu) to ryzyko wpadnięcia jest duże. Jeśli partner nie utrzyma Cię na linie, polecisz kilkanaście metrów w dół, zatrzymasz się w lodzie i – jeśli nawet się nie połamiesz - nie będziesz umiał wyjść (albo nie będziesz miał po czym – właśnie z braku liny). Jeśli wpadnie cały zespół – nikt was nie zauważy.  Ale nie obawiaj się, że jeśli jesteście związani to jeśli leci jeden, pociągnie w dół wszystkich. Zwykle tylko ich przewróci (jeśli są min. 8m od siebie) i pozostali zaklinują się w śniegu. To, że wy nie zauważycie szczeliny, a potem nikt nie zauważy was – jest prawdopodobne, bo na szczyt rusza się o 2 w nocy, gdy jest kompletnie ciemno.
  4. Kupię tańsze ubezpieczenie, nie będzie obejmować akcji śmigłowcem więc zwiozą mnie toboganem. To nie Polska, tam ratują tylko śmigłowcem – a potem obciążą cię tysiącami Euro kosztów, czy chcesz czy nie.
  5. Z Chamonix, Les Houches, Valota i Goutiera widać szczyt. Nieprawda, ludzie mylą Blanca z innymi szczytami. Sam szczyt Blanca widać dopiero po minięciu grani ponad Valotem, wcześniej zasłaniają go inne wzniesienia. Widać go za to z Aiguille du Midi.
  6. Goutier jest trudny do schodzenia - po skalnej grani. Lepiej schodzi się lodowcami aż do Chamonix Owszem, schodzenie po lodzie jest nietrudne - ale nie znasz drogi, nie widzisz szczelin lodowcowych, zgubisz sie gdy przyjdzie gorsza pogoda, a nikt tam nie chodzi i cie nie znajdzie.

 

 

Zagrożenia

Po dwóch wyprawach wydaje nam się, że znamy już główne zagrożenia drogi. Oto one:

 

  1. Zgubienie się we mgle lub burzy śnieżnej. Panuje powszechna opinia, że Blanc to łatwa góra z dobrze widoczną trasą. To opinia upowszechniona przez tych, którzy weszli w słońcu, nie trafili na mgłę lub burze śnieżne. Jednak, jak wiadomo, góry są zmienne. My mieliśmy okazje dwukrotnie trafić na mgłę – wtedy droga jest trudna i jeśli ktoś nią idzie pierwszy raz, ma duże szanse pobłądzić. Gdyby nie to, że mgły trafiły nam się przy drugiej wyprawie i znaliśmy już drogę, byłoby niewesoło. Ponieważ mieliśmy okazję iść zarówno w słońcu, jak i we mgle i śniegu, możemy ocenić to tak: droga w słońcu jest porównywalna z Orla Percią latem. Ale we mgle i śniegu -  to jakby iść nieoznakowaną i nieubezpieczoną Orlą Percią zimą, nie znając drogi.   Da się zrobić, ale wskazane byłoby kilkuletnie turystyczne doświadczenie zimowe - tatrzańskie.
  2. Choroba wysokościowa. Wg. badań, co czwarta osoba cierpi na nią od 2500 m n.p.m, a czy czwarte powyżej 4000. Z naszych obserwacji wynika, że średnio co piąta, co siódma osoba nie dochodzi na szczyt (bardzo słabnie na ok. 4300 i zawraca), a kolejna co piąta wchodzi w ogromnym bólu głowy, biegunce lub wymiotach. Ślady po tych dwóch ostatnich przypadłościach widać na trasie. Czyli – 60% osób wchodzi bez większego cierpienia. Zwykle dlatego, że są dobrze zaaklimatyzowani – o tym poniżej.
  3. Wychłodzenie i osłabnięcie organizmu. Trzeba pamiętać, że na górze temperatura w dzień może spaść do minus 15, plus będzie ostro wiało (to w końcu otwarta przestrzeń) i może padać śnieg. Szczególnie, jeśli planujemy wariant w namiotach, trzeba przygotować odpowiedni ubiór i zimowe śpiwory.
  4. Ujechanie na śliskiej grani, na nieubezpieczonej drodze (w rejonie od 3200. do 3800). Rozwiązanie – jak wspominaliśmy powyżej – iść w rakach (oczywiście jeśli da się w ogóle iść, rok temu schodząc na dół musieliśmy czekać 1 dzień na poprawę pogody, bo ryzyko było za duże).
  5. Wpadnięcie do szczeliny lodowcowej (w rejonie od 3800 do 4807 minęliśmy ok. 6-7 szczelin). Czyli lot do kilkunastu metrów w dół i wylądowanie w śniegu/lodzie. Jeśli zespół jest obeznany ze szczelinami i ratownictwem szczelinowym – poradzi sobie w większości przypadków bez kłopotów. Taką wiedzę można zdobyć np. na zimowym kursie turystyki wysokogórskiej.  Robią go instruktorzy PZA, kosztuje kilkaset złotych, nie trzeba spełniać żadnych wymogów by się na niego dostać (nie trzeba się wspinać). Ale jeśli nikt w zespole nie umie sobie radzić z wypadnięciami do szczelin – to taki zespół dużo ryzykuje. Choć oczywiście wielu zespołom się udało, zeszli z Blanca i nawet nie wiedzieli że mieli szczęście.
  6. Oberwanie w głowę kamieniem w tzw. kuluarze „latających kamieni”, lub powyżej na grani – gdy kamień poruszy osoba wspinająca się nad nami. To ponoć statystycznie jeden z najczęstszych powodów wypadków na drodze normalnej, czyli francuskiej przez Goutier. Więcej o tym poniżej. Rozwiązanie: w rejonie od 3150 do 3800 iść w kasku.

 

Droga

 

  1. Z Les Houches jedziemy gondolką lub idziemy piechotą do Bellevue. Jeśli piechota – to najpierw wysoko pnącą się drogą, potem drogą szutrową, która wreszcie przechodzi w ścieżkę (szlak). Na skrzyżowaniach szlaków trzeba uważać – tu wszystkie szlaki są czerwone, więc trzeba wiedzieć gdzie skręcić. Piechotą w górę ok. 1,5h, w dół 45 min. Z mapą z zaznaczonymi szlakami można sobie poradzić bez kłopotu. Jeśli nie kupisz mapy w Polsce, to w każdej księgarni w Chamonix.
  2. Dalej tramwajem lub wzdłuż tramwaju, w lewo, do Nid d’Aigle (w tunelach trzeba uważać by nas nie rozjechał – są 2 tunele, do 20m każdy). W górę piechotą ok. 1,5h, w dół ok. 1h.
  3. Przy górnej stacji kolejki zgodnie z drogowskazem na Tete Rouse. Szerokim kamienistym zboczem-żlebem, po kamieniach, kierując się w górę (mnóstwo przecinających się ścieżek prowadzących w to samo miejsce, trzymajmy się lewej lub środkowej części zbocza). Idziemy tak aż dojdziemy do baraku Forestiere. Tam przekraczamy żleb i skręcamy w prawo. Najlepiej trzymać się czerwonych znaków – to co prawda kiepsko namalowane plamy na skałach, ale jednak szukając ich mamy pewność właściwego kierunku. Od kolejki do baraku – w górę ok. 1,5h, w dół 45-60 min.
  4. Od baraku ścieżka doprowadzi nas do Tete Rouse (w górę 1 do 1,5h, w dół 45 min). To malutki lodowiec, ścieżka doprowadza nas do jego lewego dolnego rogu. Jeśli idziemy do schroniska – skręcamy w prawo, idąc dolnym brzegiem lodowca (10 minut). Jeżeli  od razu do Goutiera – idziemy po jego przekątnej do prawego górnego rogu (20minut).
  5. Powyżej lodowca znajduje się słynny kuluar Rolling Stones, czyli latających kamieni. To żleb o szerokości ok. 50m, technicznie łatwiutki, ale niebezpieczny z powodu lawin kamiennych. Z dużą prędkością w dół latają tam kamienie o wielkościach od pięści do lodówki. Trzeba wyczekać na moment, gdy nic nie leci i szybko przejść. Nie wszystkim się udaje – zdarzają się wypadki.  Najlepiej przechodzić go o świcie, gdy jest zmrożony i mniej kamieni lata. Nad żlebem wisi lina, ale nikt z niej nie korzysta – jest za wysoko.
  6. Za kuluarem czeka nas grań Goutier. To technicznie najtrudniejszy fragment drogi. Grań o nachyleniu od 30 do 45% ( mniej więcej jak podejście na Rysy w drugiej połówce) , w większości nieubezpieczona. Dodatkowa trudność – sporo ludzi mija się na wąskiej ścieżce. Trzeba uważać, by idący powyżej nie stanął rakiem tam, gdzie trzymamy dłoń. Idziemy cały czas pierwszym żeberkiem na prawo od kuluaru, cały czas pionowo w górę (czyli – w razie mgły – jeśli dojdziemy do jakiegoś żlebu, to znaczy że zboczyliśmy z żeberka i musimy wrócić). Czerwone znaki są drogowskazem, ale nie wszędzie je widać. UWAGA – w dolej części ścieżka jest jednokierunkowa – gdy będziemy schodzić, w pewnym miejscu ścieżka z kierunkiem „na dół” obchodzić będzie od lewej (lewej – patrząc na dół) malutką grań. W górę – 2 do 3,5h. W dół od 1,5h do 3h – wszystko zależy od tego, jak się pewnie czujemy na skale (strome, skalne zejście) i czy musimy w wąskich miejscach stać, przepuszczając idących w górę.
  7. Z Goutiera wychodzimy małą ścieżką na śnieżną grań (minuta do góry), skręcamy w prawo i idziemy granią (a dokładnie – mając grań min. 6-8 m na prawo od siebie, nie idziemy samą granią bo to słaby nawis śnieżny, choć z tej strony tak nie wygląda). Po 10 minutach dojdziemy do zbocza Dome do Gouter. Ścieżka doprowadziła nas do prawego dolnego rogu zbocza, a naszym celem jest lewy górny róg (4304). Idziemy po zboczu, zakosami, omijając seraki i szczeliny. Tę drogę wykonamy nocą, więc trzeba iść ostrożne. W górę ok. 1,5 – 2,5h, w dół 40-60 minut.
  8. Dochodzimy do płaskiego siodełka i przekraczamy go wzdłuż (zgodnie z wbitymi w śnieg tyczkami), kierując się na widoczny przed nami Valot (metalowy barak na skale).  Ok. 25 minut.
  9. Z Valota idziemy w górę stromym zboczem, niemal do jego szczytu, gdzie skręcamy w lewo. Dalej omijamy pierwszy mały szczyt mając go prawej, a drugi – mając go po lewej. Kontynuujemy granią (trzeba uważać by nas nie zdmuchnął wiatr lub by nie ujechać – można pojechać kilkaset metrów w dół), potem zboczem i znowu granią aż na szczyt. To ok. 1,5 – 3h, w zależności od pogody (wiatru), kondycji i aklimatyzacji. W dół – połowa tego czasu.